Karin Székessy To miał być jeden z tych leniwych dni. Wiedziałam, że w końcu muszę wrócić do domu. Nie chciałam się nad tym zbyt długo zastanawiać, ale melancholia wkradała się we wszystko, co robiłam. Te dni spędzone z Hope sprawiły, że nie mogłam uwierzyć, że moje poprzednie wcielenie nadal istnieje i na mnie czeka. Z drugiej strony byłam pewna, że w momencie, w którym samolot wyląduje w Warszawie, opustoszała plaża w Nikaragui nie będzie więcej, niż zatartym wspomnieniem. Taka byłam. Życie zawsze było dla mnie tu i teraz. Rzeczywistość wchłaniała mnie nawet, gdy tego nie chciałam. Chciałam, żeby ten dzień był dokładnie tak samo nudny i perfekcyjny, jak wszystkie inne. A wtedy Hope zepsuła wszystko, mówiąc, że przyjeżdża jej kolega ze studiów. Nie mogę powiedzieć, że mnie zraniła, ale byłam mocno wkurwiona. Wyszłam na spacer z pełną butelką wina, a gdy wróciłam z pustą, on już tam był. Och! Jak wspaniale! Siedzieli na werandzie i pili piwo, głośno się śmiejąc. Jak to Amery...