Karin Székessy Hope podziękowała mi długim pocałunkiem, którego słodycz warta była wszystkiego, a zaraz potem zawiązała mi oczy. Tak. Hope doszła i zdobyła przewagę. Mała dziewczynka ustąpiła miejsce dominatorowi. Przywiązała mi ręce do nogi stołu i kazała się rozłożyć na blacie. Słyszałam tylko spust migawki aparatu fotograficznego. Tak. Kolega Hope ze studiów nadal z nami był. Nie czułam nic oprócz liny krępującej moje nadgarstki. Czekałam. Czułam zapach piwa, drewna, z którego zrobiony był stół, i ten specyficzny słodki zapach domu Hope, w którym zapach jedzenia z otwartej kuchni, mieszał się z zapachem kwiatów i morza. I nagle to poczułam – piórko! Choć w pierwszej chwili myślałam, że ktoś wylewa na mnie wrzątek. Wystarczy przez chwilę nic nie widzieć, żeby zmysły człowieka wyostrzyły się kilkukrotnie. Pocałunek, jej język. Jej język w moich ustach, a chwilę później na stopie. Całuje moje stopy delikatnie, a potem coraz bardziej namiętnie, a po chwili znowu piórko muska ...